Na pierwszy rzut oka gniew wydaje się emocją zbędną – zbyt gwałtowną, zbyt nieprzewidywalną, zbyt destrukcyjną. Rzadko kiedy jest postrzegany jako coś wartościowego. Częściej jako coś, co należy poskromić, stłumić, odsunąć na bok. W szczególności, gdy dotyczy kobiet – od których społeczeństwo oczekuje łagodności, zrównoważenia, uległości.
W takim kontekście gniew staje się czymś wstydliwym. Czymś, co psuje obraz „normalności”. Czymś, co zakłóca codzienny rytm relacji i nie mieści się w konwencji „dobrego zachowania”.
A jednak gniew jest sygnałem. Może niełatwym do przyjęcia, może niewygodnym – ale ważnym. Mówi o granicach, które zostały naruszone. O wartościach i potrzebach, które zostały zignorowane. O bólu, który nie znalazł innego języka.
Ta książka wyrastała z pytań, które na tamten moment (czyli cztery lata temu) były w mojej głowie.
Co mówi do nas gniew, zanim zaczniemy go tłumić?
Co w nas chroni, a co nam odbiera?
I co się dzieje, gdy zaczynamy słuchać tego, co wcześniej staraliśmy się wyciszyć? Byłam przekonana, że gniew to coś, co trzeba schować. Zneutralizować.
Że skoro odczuwam go tak mocno, to znaczy, że jest coś nie tak.
Nie rozumiałam jeszcze, że gniew — tak samo jak ból — nie pojawia się bez powodu. Że niesie wiadomość. Tylko trzeba nauczyć się ją odczytywać.
To zrozumienie przyszło cicho. Siedząc w ciemnym gabinecie echo, badając serca – dosłownie, przez USG – zaczęłam zadawać sobie pytania, które wcześniej blokowałam:
Jak to jest mieć takie serce, które bije spokojnie, grzecznie, przewidywalnie?
Jak to jest być kimś, kogo wszyscy lubią, bo nigdy nie stawia granic, nie sprzeciwia się?
Jak to jest nigdy się nie wściekać – i czy to w ogóle możliwe?

Z tych cichych momentów narodziła się postać kobiety.
Kobiety, która – podobnie jak ja wtedy – nie potrafiła jeszcze odczytać języka własnych emocji.
Kobiety, którą dręczyły pytania:
Czy jestem dobra, jeśli odczuwam złość?
Czy można kochać i się buntować?
Czy gniew może być formą troski o siebie i relacje?
Czy istnieje choroba serca, która zaczyna się w duszy?
Właśnie od niej zaczął się zarys „W imię gniewu”.
Nie planowałam pisać thrillera. Ale ta historia sama „się pisała”. Chciała być intensywna, pełna napięcia, rozedrgana. Taka, jak emocje, które ją zrodziły. Thriller psychologiczny z wątkiem medycznym powstał więc naturalnie – bo pozwalał mi opowiadać o tym, co często ukrywane: o emocjach, które odbijają się echem nie tylko w psychice, ale i w ciele.
Ta książka to moja rozmowa z gniewem i złością.
Nie po to, by je uciszyć.
Ale po to, by je w końcu wysłuchać, przyjąć i używać umiejętnie.
Jeśli znajdziesz w niej cząstkę siebie – to znaczy, że nie jesteśmy w tym same/sami.
Jeszcze trochę o symbolach
„W imię gniewu” nie miała być układanką.
Nie powstawała z zamysłem wielopoziomowej konstrukcji.
Najpierw były emocje.
Dopiero później – opowieść.
I kiedy spojrzałam na nią z dystansu, zobaczyłam, jak wiele znaczeń w niej się splata.
Nie zdradzę Wam wszystkiego, ale to kilka moich przemyśleń, którymi chcę się z Wami podzielić.
Ta książka opowiada pewną historię, ale jeszcze bardziej opowiada o napięciach:
Między tym, co jawne – a tym, co ukryte.
Między tym, co społeczne – a tym, co głęboko prywatne, intymne.
Między tym, kim jesteśmy – a kim staramy się być, by przetrwać, by osiągnąć swoje cele.
Sara i Joanna to dwie kobiety, ale też dwie twarze tej samej osoby.
Dwie figury tej samej tożsamości: rozszczepionej, niedopowiedzianej, czasem sprzecznej.
Sara to symbol buntu, odwagi, cielesności. Joanna – kontroli, poprawności, dystansu.
Razem tworzą portret osoby próbującej zrozumieć siebie.
Ich rozdzielenie nie jest chorobą – jest strategią.
Ich spotkanie to nie zwrot akcji – to konfrontacja z tym, co zostało wyparte.
Wiele wątków w książce opiera się na dosłownym traktowaniu metafor z dzieciństwa – jak choćby słowa matki:
„Ty okropny bachorze…”
To zdanie – rzucone w emocji, być może zapomniane przez nadawcę – staje się w dziecku prawdą.
Zagnieżdża się, pęcznieje, zamienia w przekonanie, że coś wewnątrz jest naprawdę wadliwe.
I tak zaczyna się życie w cieniu fałszywej diagnozy.
Sara i Joanna to nie tyle postacie, co dwie strategie przetrwania.
Dwie wersje „ja”, które rozwijają się równolegle – nie dlatego, że ktoś „zwariował”, tylko dlatego, że tak czasem działa psychika, kiedy nikt nas nie nauczył, że można być sobą w całości.
Rozdział o piwnicy to jeden z najbardziej symbolicznych momentów książki – choć nie musi być tak odczytywany.
Piwnica to miejsce wyparte, zapomniane, zamknięte – a jednak nadal obecne.
Można powiedzieć: metafora podświadomości.
Ale równie dobrze: miejsce, do którego w chowamy rzeczy, które nie pasują do salonu. Emocje, wspomnienia, myśli.
„W imię gniewu” to historia, która nie stawia diagnoz – jak ja w gabinecie 😊
Nie szuka winnych.
To opowieść o tym, jak bardzo potrafimy się rozszczepić, żeby czuć się akceptowanym, dopasowanym, kochanym.
