Lekarze potrafią być świetnymi specjalistami w dziedzinie medycyny. Jednak ostatnie wydarzenia pokazują, że na wizerunku, zwłaszcza swojej grupy zawodowej nie znają się zupełnie. Wizerunek lekarza w dzisiejszych realiach mocno kuleje i jest to NASZA wina. Może jeszcze młodzi lekarze – świeża krew – maja resztki świadomości w tym zakresie, ale tzw. „stara gwardia” trochę się gubi we współczesnym świecie.

Praca lekarza, czyli usługa medyczna (w języku NFZ) oparta jest na sile rynkowej wynikającej zarówno z zasobów medycznych, jak i niemedycznych. Posiadane kwalifikacje, wiedza, umiejętności to tzw. hard power naszego zawodu. Tutaj tkwi nasza siła i jednocześnie klucz do skarbca bez dna – póki co monopolisty płatnika -NFZ. Jednak prawie wszyscy mamy słaby punkt w postaci soft power – sposobie komunikowania się (nie tylko z pacjentem, ale także z pracodawcą, czy społeczeństwem). Nie wspominając już o umiejętnościach z zakresu marketingu, budowania wizerunku czy naszej renomy.

Medycyna i marketing dzisiaj nie są wykluczającymi się słowami. Usługi medyczne są konkretnie wyceniane, a to oznacza, że idą za nimi konkretne pieniądze. Nie trzeba chować tego faktu za zasłona etyki, wszyscy którzy składali przysięgę Hipokratesa, potrafią zrozumieć, że ZDROWIE NIE JEST TOWAREM i nie podlega mechanizmom rynkowym. Jednak usługa medyczna polegająca na zapewnieniu opieki zdrowotnej wplata się zarówno w mechanizmy prawne, jak i ekonomiczne. To właśnie usługa medyczna jest wyceniana i to dzięki niej możemy utrzymać nasze rodziny.

Ale po co o tym mówię. Ostatnio, śledzę działania grupy na FB – Porozumienia Rezydentów(Brawo dla pomysłodawców !), której członkowie próbują poprawić dolę lekarza rezydenta, walcząc min. o podwyżki dla lekarzy. Dwoją się i troją mobilizując „młodych” lekarzy i angażując ich w akcje społecznościowe w mediach i nie tylko, po to aby zwrócić uwagę na nasze niskie pałace.

Niedługo po tym, jak powstaje i ogłasza swoje cele Porozumienie Rezydentów, w tygodniku „POLITYKA” (27.01.2016) redaktor Paweł Walewski (z resztą lekarz, który obecnie jest dziennikarzem medycznym) publikuje „samolotową katastrofę”. Tym razem w katastrofie, ginie wizerunek…

W artykule „Daleko od noszy” przedstawiam nam historię młodego kardiologa (wymieniony z imienia i nazwiska), który po udzieleniu pomocy medycznej pasażerowi samolotu linii Lot, wystawił za (usługę medyczną) fakturę – zaadresowana zresztą do linii lotniczych.

Podczas, gdy Porozumienie Rezydentów, próbuje jednoczyć przedstawicieli naszego zawodu (w słusznej i ważnej dla nas sprawie), w artykule dowiadujemy się, że wystawienie faktury za profesjonalną usługę medyczną jest wyczynem „małostkowym” i „deprecjonującym nasz zawód”. Żeby tego było mało pojawiają się opinie jeszcze innych profesorów, które krytycznie wypowiadają się o wybryku młodego lekarza.

Tak się składa, że linie lotnicze obiecując swoim pasażerom bezpieczny lot – „Safety is our priority”, nie informują swoich pasażerów, że na pokładzie nie ma profesjonalnej obsługi medycznej. Ciekawe czy jest na wyposażaniu  AED?  Podczas lotu, który trwa kilka godzin, konieczność lądowania, oznacza dla takiej linii dużo większe koszty, niż wystawienie faktury za udzielenie usługi medycznej w przestworzach. Nikt nie zastanowił się nad tym, że to w sumie linia lotnicza naraża zdrowie pasażerów, licząc na łut szczęścia –a może jest lekarz na pokładzie, a może go nie ma. Jak jest, to super lecimy dalej – przecież on musi udzielić pomocy, a jak lekarza nie ma to niestety wykładamy grubą kasę i lądujemy, a pacjent, jak przeżyje to dobrze.

Tak naprawdę na co liczyła linia lotnicza ujawniając tajemnicę handlową i służbową w tym artykule? Przecież w przestworzach zarówno pacjent, jak i lekarz są w sytuacji przymusu. Pacjent nie może wezwać karetki pogotowia (patrz innego lekarza) tylko jest skazany na pomoc oferowaną mu de facto przez przewoźnika. A lekarz ma obowiązek udzielić pomocy (art.30 ustawy o zawodzie lekarza). Lekarz ma jeszcze jeden przymus, linia lotnicza może go pociągnąć do odpowiedzialności np. za niezasadne lądowanie. Więc co robi młody lekarz kardiolog, prowadzący Prywatna Praktykę Lekarską (będącą działalnością gospodarczą) w sytuacji konieczności udzielenia pomocy? Udziela profesjonalnej pomocy miejscu wezwania (zbiera wywiad, monitoruje stan pacjenta, czuwa nad jego bezpieczeństwem).

Faktura, za udzielną usługę jest przykładem relacji B2B, gdzie o szczegółach transakcji, rozmawiają de facto dwie firmy. Pomyślcie co by się stało, z wizerunkiem firmy lotniczej, gdyby po świcie rozlegała się wieść, że może samoloty to mają dobre, ale na pokładzie umierają ludzie, przez zaniedbania organizacyjne? Przecież ten młody lekarz, pracował (w tym konkretnym rejsie) na wizerunek firmy lotniczej! Czy przysięga Hipokratesa karze nam pracować na czyjś wizerunek?

Obecnie każde przedsiębiorstwo chce znaleźć swoje miejsce w świadomości klientów, zdobywając ich zaufanie, chce się dobrze kojarzyć. Czy dział PR podrzucił temat z taką narracją, jako ruch uprzedzający, by zachować wygodne dla nich statu quo?

Godna uwagi jest też postawa profesorów i godny uwagi jest czas, w którym słowa krytyki, odnośnie niechlubnego tematu pieniędzy w zawodzie lekarza padają w kierunku młodych lekarzy. Przytoczę cytaty:

„Prof. Łuków obserwuje od pewnego czasu w środowisku medycznym nowe zjawisko: mówienie o pieniądzach w sposób otwarty, bez żadnych zahamowań ani skrępowania. – Dawniej uważano, że osoby o wyższym statusie społecznym o tego typu sprawach po prostu nie mówią ani się niczego w sposób otwarty nie domagają – ale to już historia. Wprowadzono do medycyny rynek, no więc lekarze poczuli się przedsiębiorcami – uważa etyk. ”

Gdy rozmawiamy o locie ze Sztokholmu, [przyp.tłum: profesor]od razu kiwa głową: – To musiał być ktoś młody. Nie znam lekarza z mojego pokolenia, który wystąpiłby z czymś takim. ”

Byłem dumny, że jestem lekarzem i mogłem naprawdę się na coś przydać. Nieopisana chwała! Do głowy mi nie przyszło, by później żądać za to pieniędzy”.

To jak to w końcu jest ? Porozumienie Rezydentów, w którym jest ponad 16 tysięcy młodych lekarzy, „tłucze głowa” w mur, który i tak nie jest do przebicia?

Zgadzam się w całej rozciągłości z panami profesorami, w kwestii pomocy ludziom (to nie podlega dyskusji), jednak ten szlachetny zawód, który wykonuję nie zwalnia mnie z konieczności płacenia za bilet.

teksty źródłowe: Tygodnik „Polityka” nr 5/2016 – 27.01.2016; PULS nr 4, 04.2016

3671 Liczba odsłon 8 Liczba odsłon dziś