To był mój pierwszy dyżur na nocnej pomocy. Był to dzień powszedni, więc ludzi było sporo. Pomiędzy godzina 23, a 24 zjawiało się u mnie małżeństwo.Właściwie zrozpaczona żona przyciągnęła ledwo żywego męża. Wpadła do przychodni, po czym rozległ się krzyk –  czy ktoś do jasnej cholery może nam wreszcie pomóc?
Za nią wlókł się zielono – biały facet w średnim wieku.

Po zarejestrowaniu, weszli do mojego gabinetu. Sfrustrowana kobieta zaczęła swój wywód.
„Ja już naprawdę nie mam siły. Od 2 tygodni z nim biegam po lekarza rodzinnych, SOR-ach izbach przyjęć. Wziął już ze trzy antybiotyki. Przyjmuje całą reklamówkę leków przeciwbólowych” – Tu rzuciła na biurko stertę pustych pudełek po lekach. „A on proszę bardzo jak wygląda…. coraz gorzej. Ja już się martwię, ja naprawdę nie wiem co robić. I nie wyjdę stad i zabarykaduje się tu z panią, jeżeli mi pani nie pomoże.”

 Przyznam, że po takim wstępie, wbiło mnie w fotel. Kazałam jej usiąść, co było dla niej dużym wysiłkiem  Skierowałam rozmowę na  temat chorego męża. Zaczęłam zbierać wywiad. Ustaliłam początek objawów. I pierwsze symptomy.

Okazało się, ze sprawa miała swój początek 2 tygodnie wcześniej. Pierwsze były nudności i spadek apetytu. Późnej pan miał stany podgorączkowe, a temu wszystkiemu towarzyszyły najpierw ból brzucha w okolicy pępka. Kilka dni później ból przewędrował do prawego dolnego kwadrantu brzucha. Sytuacja z apetytem pogarszała się z dnia na dzień. Każdy posiłek wywoływał u niego odruch wymiotny, jednak Pacjent nie wymiotował.

Z dokumentacji wnikało, ze mężczyzna trafił dwukrotnie na SOR, a podawane przez niego objawy były mało charakterystyczne.

Zaświeciła się mi czerwona lampka w głowie, gdy dowiedziałam się, że ból zmienił swoja lokalizację. Chociaż z chirurgią mam już mało do czynienia – to naprowadziło mnie na trop.

Badanie fizykalne wiele nie wniosło, Pacjent nie miał objawów otrzewnowych, miał zachowana perystaltykę. Jedyne na co się skarżył, to tkliwość w prawym dole biodrowym –  wcale nie taki spektakularny objaw.
Podsumowywałam sobie to wszystko w głowie, patrząc jak żona nerwowo przestępowała z nogi na nogę.

-Moja droga Pani – odpowiedziałam – wygląda na to, że Pani mąż ma zapalenie wyrostka robaczkowego. Wysyłam Pana na oddział chirurgiczny.
-Chyba pani żartuje –  usłyszałam – przecież na to chorują nastolatki, a mój mąż ma lat 48.
Uspokoiłam ją i przedstawiłam swój tok myślenia – przekonaną kobietę wraz z mężem wsadziłam do karetki transportowej i zawiozłam do szpitala.

Kilka tygodni późnej ta sam kobieta pojawiała się znowu w przychodni. Pokazała mi kartę wypisową męża z oddziału chirurgii – z głównym rozpoznaniem  OZWR – czyli ostre zapalnie wyrostka robaczkowego.

Cała ta historia uczy pokory nie tylko dla mnie, ale i dla Pacjenta.  Wcale nie świadczy o nieudolności systemu kształcenia lekarzy. Otóż zapalenie wyrostka w tym wieku wcale nie jest takie częste, aczkolwiek zdarza się. Objawy, jak sami widzicie, pojawiały się stopniowo – i wcale nie były takie jednoznaczne. Nie wpadałbym na to, gdyby nie dobrze zebrany wywiad – który utrudniały zdawkowe odpowiedzi mężczyzny i frustracja tej kobiety (kiedy badałam jej męża słyszałam nerwowe stukanie nogi o podłogę.)

90% trafnych diagnoz opiera się na zebraniu wywiadu, czyli ukierunkowanej rozmowie. Żaden lekarz nie jest jasnowidzem, tylko człowiekiem. Trzeba z nami rozmawiać szczerze, cierpliwie odpowiadając na pytania.  Każdy Pacjent to nowa historia, o tyle trudna w interpretacji, gdy jest opowiadana o 3 nad ranem – w dwudziestej godzinie całodobowego dyżuru.

Połowa sukcesu w diagnozowaniu Twojej choroby zależy od Ciebie.

2737 Liczba odsłon 4 Liczba odsłon dziś