Kiedy idę na dyżur, zawsze zastanawiam się co mnie na nim czeka. Poprzedniego dnia robię zapasy żywieniowe, tak jakbym szła na pieszą wyprawę w wysokie góry. Szykuję moją lekarską zbroję – stetoskop i fartuch. Wcześnie kładę się spać, by kiedy tylko zawita świt i zadzwoni budzik ruszyć na ratunek światu. 🙂

Jest kilka tysięcy wojowników takich jak ja. Jednak wciąż jest nas za mało, żeby ogarnąć wszystkie problemy. Już u progu Izby Przyjęć można wstępnie poczuć atmosferę nadchodzącego dnia. Czarno od ludzi, tłoczno na korytarzu, nawet nie da się czasami przejść do naszego centrum dowodzenia, pokoju lekarskiego.

Każdy wojownik posiada swojego „przyjaciela” – komórkę dyżurną. Jest on nieodłącznym towarzyszem niedoli i niczym wierny pies, zawsze przyrasta do dyżurnego na dwadzieścia cztery godziny. Jest z nami wszędzie… nawet pod prysznicem. Komórka, od ilości telefonów, rozgrzewa się w ciągu dnia do czerwoności  Jak pieszczotliwie mówi o niej nasz szef, „gorący kartofelek”, jest o tyle biedny, że każdy kto go nosi w kieszeni, najchętniej wyrzuciłby go za okno.

Początek dnia zaczyna się od opracowania „strategii bitwy” na aktualny dzień. Raport lekarski mówi o aktualnym stanie naszych podopiecznych i pozycji choroby na linii frontu. Obchód na salę „R” zapala w głowie dodatkowe, czerwone lampki. Tak, Ci którzy tu leżą wymagają naszej szczególnej uwagi i monitorowania. Następnie magiczna tablica… na niej widnieją nazwiska osób, przyjętych i tych, którzy choć na chwile odparli atak choroby i wybierają się do domu. Wszyscy jednak mam świadomość, że za jakiś czas znowu do nas wrócą, po to żeby farmakologicznie podkręcić ich mechanizmy kompensacyjne.

Następnie rozmowy indywidualne, osobiste badanie pacjentów, analiza sytuacji i odpowiedzi organizmu na leczenie. Przeglądanie badań laboratoryjnych, wskaźników. Musimy dbać o o naszych sprzymierzeńców – serce, nerki, płuca i wątrobę. Trzeba monitorować ich status, aby przypadkiem nie obciążyć ich za duża ilością leków. Czasami protestują, co manifestuje się wzrostem odpowiednich parametrów. Jest to sygnał, że albo przesadzamy, albo możliwości reparacyjne organizmu powoli się kończą.

Dyżurny zawsze obstawiam izbę. Tutaj oprócz głowy na karku, umiejętność myślenia przydaje się kondycja fizyczna. Zwłaszcza, kiedy oddział jest na drugim piętrze, a izba na poziomie minus jeden. Kiedy schodzę te trzy pietra niżej, przypomina mi się mit o drodze do Hadesu. Tyle, że ja zawsze schodzę pod prąd – do Styksu. I zawsze wracam do swego królestwa nie płacąc złamanego obola. 😉

Starożytni Grecy wyobrażali sobie wejście do królestwa, jako miejsce pogrążone w wiecznym mroku, gdzie nigdy nie dochodzi dzienne światło. Tak, w izbie przyjęć, gdyby nie żarówki, można byłoby wpaść na ścianę.
Po drodze do Hadesu trzeba było przedostać się przez wody Styksu – patrz: Izba Przyjęć. Sama dusza nie dałaby rady pokonać tej drogi, dlatego trzeba prosić o pomoc Charona. Nasza winda pełni tą funkcję. Jest równie brzydka, jak mityczny przewoźnik. Czasami jest w niej ciemno, czasami zatrzymuje się między piętrami, a czasami całą dobę otwierają się i zamykają w niej drzwi. Wydaje wtedy z siebie diabelsko zgrzytające dźwięki. W „Charonie” są tylko trzy przyciski, pomimo, że w szpitalu jest pięć pięter. Także, żeby trafić  do Hadesu trzeba znać rozkład pięter. Jak ktoś się pomyli może, przypadkiem wpaść w szpony Cerbera lub Erinii.

W dzień dyżuru kilka rzeczy dzieje się zwykle na raz. Dzwonią dwa telefony, ktoś wchodzi do pokoju lekarskiego, podczas, gdy ktoś inny wychodzi. To nic, że informacje udzielane są od godz. 13-14. Rodziny pacjentów rzadko potrafią czytać. Od godziny 9 – 15 drzwi otwierają się i zamykają. Słychać jeden i ten sam tekst:

„Przepraszam ja w sprawie pani X.”

…cisza…

-Hm, hm… ja chciałam się czegoś dowiedzieć?”

– cisza…

W tym momencie ten, kto pierwszy skończył zdanie w epikryzie lub wyjdzie ze stanu zawieszenia analitycznego nad zmianami w morfologii, zada pytanie:

– A pani w jakiej sprawie???

Dla nas zlecenia, czyli opracowywanie strategii leczenia to świętość. To czas skupienia, analiz i decyzji. Ile razy w ciągu godziny można grzecznie odpowiadać: „Proszę poczekać, jak tylko skończę zlecenia wyjdę do pani/ pana?”

Oczywiście po tym długim oczekiwaniu nie brakuje komentarzy, że ktoś musiał tyyyyle czekać, a ja mogłam się pospieszyć. Otóż nie mogłam.

Najciekawsza część dyżury zawsze toczy się pomiędzy stałymi oddziałowymi obowiązkami i po 15:00, kiedy na oddziale dyżurny zostaje sam.

Pacjent pacjenta pogania, na izbie gwar, wszyscy się kłócą, personel streszcza się jak może, ale w szpitalu nie przerzuca się w worków z ziemniakami. Przyjmuje się ludzi. O tym czekający tłum zdaje się często zapominać. W końcu nie każda dolegliwość wymaga przyjęcia do szpitala. A skoro już ktoś pofatygował się na izbę przyjęć, zwłaszcza bez skierowania, to każdy lekarz nie wypuści takiego pacjenta bez badań. Mają być one dowodem, że zgłaszane dolegliwości nie są ostre. Tak dobrze widzicie dowodem. Ponieważ każdy pacjent może stać się potencjalnym oskarżycielem.

Nie rozumiem tych ludzi, którzy czekają cały dzień ze swoimi dolegliwościami, a przychodzą dopiero po północy, bo już nie mogą wytrzymać. Zazwyczaj jest to ból paznokcia lub nadciśnienie, które już na izbie się obniżyło. Nie wiem dlaczego, otchłanie izby przyjęć maja cudowną moc uzdrawiania. Wystarczy, że pacjenci przekroczą próg szpitala już czują się lepiej. Gdyby tylko wiedzieli, że znajdują się w „Styksie”, a niedaleko czeka na nich „Charon”, na pewno nie przychodziliby do nas tak ochoczo :).

Dyżurny lekarz oddziału ma na głowie, nie tylko pacjentów z izby, ale cały oddział, czyli jakieś 30 osób. Wedle zasady ma wykluczyć stany ostre i nie jest jego rolą modyfikacja leczenia. Zwykle to jednak robi, bo wie, że do lekarza rodzinnego czeka się nawet 6 tygodni. A jak się tego nie zrobi to pacjent jutro przyjedzie raz jeszcze. Resztki dobrej woli dyżurnego osłabia jednak tekst: –„ Czy ja pani doktor będę długo czekać?” – Przecież dopiero pani przyszła… a na zebranie dowodów w nocy pracuje zwykle grupa ludzi. Choćby dyżurny stawał na głowie, to nie da się tego pospieszyć.

Ciekawie się również robi, kiedy dyżurny chce zjeść obiad lub usiąść na dłużej niż pięć minut. Kiedy tylko zaczyna „wiosłować” widelcem, rozlega się pukanie do drzwi. A to rodzina znowu po informacje, to zlecenia, o których zapomniał lekarz prowadzący, a to skierowanie na rentgen jeszcze nie wydrukowane, a pani salowa chce pozamiatać, a to pacjent chce wyjść na papierosa. 🙂 Tak nie brakuje takich próśb :).

Generalnie można policzyć w minutach chwile prywatności w ciągu dwudziestu czterech godzin dyżuru. Nie każdy to wytrzymuje. Zwłaszcza jak rodziny nachalnie łamią prośbę wiszącą na drzwiach i dodają komentarz, że przecież ja jestem na dyżurze, a im się należy!!!  No tak, zapomniałam, że dyżurnego obowiązuje ścisły post, zakaz picia, siedzenia, leżenie to już za komfortowa pozycja, a o zmrużeniu oka  mowy nie ma.
Cześć rodzin widząc przeżuwającego doktora przeprasza i wychodzi. Jednak jest i taka grupa osób, która ordynarnie czeka, tupiąc noga na odpowiedz lub ostentacyjnie siada i się patrzy. Czasem mam ochotę zacząć mówić, podczas przeżuwania. Może taka osoba, jak by została opluta przemielonym ogórkiem, następnym razem poczekałaby.

Pod wieczór dyżurny już nie myśli o byciu wojownikiem. Dzień na oddziale zamyka wieczorny obchód, na którym dyżurny zamienia się w św. Mikołaja. W trosce także o swój odpoczynek rozdaje chętnym tabletki na spanie.

Sam dyżurny nie potrzebuje „prochów”, on zwykle zasypia na stojąco…

6055 Liczba odsłon 4 Liczba odsłon dziś