Styczeń już minął. To oznacza, że pierwsze 30 dni działania na wielką skalę nowych reform zdrowotnych pana Arukowicza juz za nami.

Jeżeli spodziewaliśmy się fajerwerków, mleka  i miodu w przychodniach i szpitalach to rozczarowanie pewnie maluje się na twarzach tych, którzy obcują na co dzień z publiczna służba zdrowia. Bartosz powiedział, że ma remedium na problemy służby zdrowia w postaci pakietu kolejowego i zielonego paszportu do diagnostycznego raju. Jednak te  „ministerialne lekarstwa” chyba nie do końca maja racje bytu.

Jak wygląda nowa, lepsza rzeczywistość po zmianach?
Rozmawiałam wczoraj z panią Krysia jedną z moich przychodnianych pacjentek. Jej droga do lekarza przypomina, mi opowieść z czasów PRL,  kiedy to mój ojciec stał od 5 rano po chleb w kolejce. Na szczęście pani Krysia, jak mówi, nie stała zbyt długo.
Otóż przyzwyczajona do „tamtych czasów”, wyruszyła z domu (bez słowa protestu) o 4 rano. Pod przychodnia była już 4:30, ale nie myślcie sobie, że była pierwsza. Kiedy już doszła do rejestracji była godzina 12:30. Jak powiedziała,  nie opłacało się jej już wracać do domu, bo ja przyjmuje dopiero od 15:30. Te 3 godziny żyła nadzieją, że może zjawie się wcześniej, żeby ona mogła zdarzyć na autobus.

Sami widzicie – trzeba naprawdę być zdrowym, żeby móc chorować.
Ja też muszę być zdrowa, cierpliwa i gotowa do dodatkowej pracy po godzinach. Co z tego, że z tego porannego tłumu 30 pierwszych osób dostało się do mnie. Reszta, czyli zwykle jakieś 10 osób,  zdeterminowanych,  chorych ludzi będzie na mnie czatować przed drzwiami, po to by prosić mnie o przyjęcie.

Zgadzam się i zostaje od 30 min do godziny dłużej. Mimo, że za mną cały dzień w szpitalu, ganiania na izbę, robienia wypisów, prób wysiłkowych, czytania Holterów itp. Co mam zrobić ? Gdy stawiam się na ich miejscu, zawsze jest żal mi tych ludzi. Gdy wracam do domu nie mam siły na nic po takim dniu, nawet zjedzenie kolacji jest często za trudne. Ciekawe czy pomysłodawca reformy – pan Minister – choć raz przyjmował w takich warunkach?

A co z „zielonymi kartami”- tak o kartach onkologicznych mówią pacjenci. Skojarzenia z przepustką do tzw. „lepszego świata ” sugerują mi oni sami.  Pewnego dnia przysłuchiwałam się dyskusji toczącej za drzwiami gabinetu. Co raz wybuchał śmiech starszych panów. Byli bardzo rozbawieni porównując kartę onkologiczna z zieloną kartą – wizą rozdawaną przez Ambasadę Amerykańską.

Jak to działa? Sama do końca nie wiem. Wiem natomiast, że jej założenia są niesprawiedliwe, w stosunku do osób, które już czekają na diagnostykę.
Zmroziła mnie ostatnio informacja ministerstwa, że tylko w styczniu wydano ich już ok 3 tys. Czyżby kolejka w szpitalach byłaby, aż tak rozciągliwa? Przecież mocy przerobowych szpitali ta reforma nie tknęła, a przychodnie, szpitale i oddziały to system naczyń połączonych.
Tylko patrzeć, aż powstanie korek w kolejnym miejscu systemu, bo o istnieniu wąskiego gardła w POZ sama codziennie się przekonuje.
A może powinnam powiedzieć: tylko patrzeć, aż bańka szklana pęknie!

Może łatwiej byłoby budować na zgliszczach, niż łatać „mydlanymi ustawami”, wciąż chwiejacego się kolosa?

5330 Liczba odsłon 4 Liczba odsłon dziś